Aktualności

gru 16, 2012

Wywiad z Ryszardem Rynkowskim

 
 
29 października 2011r. w naszym Góreckim Sanktuarium gościliśmy pana Ryszarda Rynkowskiego wraz z małżonką i synem. Pan Ryszard wraz z żoną przeżywali  swój Jubileusz 5-lecia zawarcia Sakramentu Małżeństwa.
Panie Ryszardzie, kiedy pierwszy raz Pan był w Górce Klasztornej? Czy pamięta Pan rok i co to była za okazja?
- Nie pamiętam dokładnie roku, ale można to sprawdzić. Na pewno to były lata 90, może 1993 – 1994 rok. Zadzwonił wtedy do mnie ks. Janusz Jezusek. To był dla mnie bardzo zaskakujący telefon, bo usłyszałem nazwisko: „Jezusek”. Przedstawił się i powiedział, że dzwoni z sanktuarium z Górki Klasztornej, w której odbywa się festiwal pieśni religijnej, pieśni maryjnej: „Maria Carmen” i zapytał, czy zaszczyciłbym ten festiwal swoją obecnością. Rozmowa dla mnie była tak zaskakująca i niesamowita, że nic mi innego nie przyszło do głowy, jak tylko powiedzieć: „Jak to, Jezuskowi przecież nie odmówię! Oczywiście, że będę. Przyjadę!” I przyjechałem. Zobaczyłem mnóstwo młodych ludzi, i zakochałem się w tym miejscu, w ciszy gaju, który przylega do tego klasztoru, w tym miejscu, w festiwalu. Kiedy przyszedł czas odjazdu poprosiłem, żebym mógł tu co roku przyjeżdżać. I bywałem tutaj co roku - następnego roku byłem jako juror, później jako uczestnik i „nie uczestnik”, następnie jako gość festiwalu. A więc towarzyszyłem temu festiwalowi „Maria Carmen”.
A co Pan najbardziej zapamiętał z tych pobytów w Górce Klasztornej podczas festiwali?
- To, co powiem, to może jest niezbyt poważne, ale…W tamtych czasach miałem takie piękne, czerwone, sportowe auto, za którym wszyscy się oglądali. Moje zdziwienie było ogromne, że nikt się za nim nie oglądał. W całej Polsce wszyscy się oglądali za mną i podziwiali ten samochód. A tutaj - jadąc już z Wyrzyska widziałem młodych ludzi z plecakami, którzy podążali w stronę klasztoru i nikt z nich się nie oglądał za moim samochodem. Oni po prostu szli do celu… Zobaczyłem tutaj trzy obozowiska ludzi, którzy mieszkali obok siebie w spokoju i ciszy. Co mnie tutaj bardzo zaskoczyło, to fakt, że nie było tutaj takiego „rygoru modlitewnego”. Ludzie mogli sami pójść do kościoła, kiedy mieli potrzebę porozmawiania z Panem Bogiem - by pomodlić się. Gdzieś obok  ktoś ćwiczył piosenkę, która wieczorem „startowała” w tym festiwalu. Panowała taka naprawdę piękna, cicha wspólnota. To było piękne.
Jak już mówimy o Panu Bogu i przebywamy w Sanktuarium Góreckim, to rodzi się  pytanie:  Jak Pan odnajduje Boga w swoim życiu i Kim On jest dla Pana?
- Przede wszystkim wiem, że mnie prowadzi i poddaję się temu prowadzeniu - nie dyskutuję, nie walczę, nawet jeśli się zdarza coś, co nie jest wygodne i bolesne w życiu, to przyjmuję to, i godzę się z tym. Daję się prowadzić i czuję, że przez całe swoje życie byłem prowadzony. Myślę, że jest to wielki dar, który otrzymałem od Niego. Chciałbym, aby Pan Bóg i Maryja objęli opieką mojego syna, aby jemu też Bóg podpowiedział: „idź tu”, albo „nie idź tam”. To są takie sekrety, których żaden z żyjących pojąć nie może i nie pojmie.
…i których trzeba się trzymać. Panie Ryszardzie mam jeszcze inne pytania. Przeżywacie Państwo Jubileusz 5 lecia zawarcia Sakramentu Małżeństwa. Czym dla Pana jest Sakrament Małżeństwa i w czym Panu pomaga?
- Dla mnie przede wszystkim małżeństwo jest sprawdzianem swojego charakteru. Człowiek, który przed ołtarzem, przed Bogiem przysięga drugiemu człowiekowi miłość, uczciwość, i że będzie z nim do końca życia, powinien w tym wytrwać. Oczywiście, może się zdarzyć, że coś nie wyjdzie, ale powinien o to dbać, szczególnie kiedy jeszcze przychodzą na świat dzieci (owoc tego związku). Rodzina jest absolutnie niezbędna i swoje egoizmy - jeśli istnieją, a mogą istnieć - trzeba „schować”. Nie można siebie stawiać przed rodziną, to jest dla mnie niedopuszczalne.
Panie Ryszardzie zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i ten numer będzie wydany właśnie na Boże Narodzenie, wobec czego chciałbym zapytać o to, jak Pan ma zamiar spędzić te święta i co Pan w nich najbardziej ceni?
- Moja sytuacja jest skomplikowana, na szczęście już niedługo. Rodziców, tzn. mamę sprowadziłem i „mam ją pod ręką”. Tato nas opuścił - zmarł w 2010 roku. Mam jeszcze córkę, która ma dwóch synów, mieszka w Warszawie (nazywa się Mikliszańska). Jej młodszy syn (a mój wnuk) 12 grudnia będzie miał roczek, więc być może my będziemy musieli się do nich „ruszyć”. Ale na pewno podzielę ten czas jakoś równo, myślę tu o wigilii. Dlaczego o tym mówię? Mówię to, ponieważ wigilię zawsze  przeżywaliśmy wspólnie. Trudno wymagać od córki, aby z tymi małymi przyjechała na wigilię do nas. Ale wigilia na pewno będzie rodzinna. Może będzie konieczny wyjazd do córki i jej rodziny i tam spotkać się z wnukami oraz spędzić jeden dzień  świąt. Ale na pewno będę je obchodził rodzinnie, inaczej sobie tego nie wyobrażam.
I ostatnie pytanie.Wspomniał Pan na początku, że zna czasopismo „Posłaniec Świętej Rodziny”. Co Pan by chciał przekazać naszym czytelnikom?
- Znam czasopismo, bo przecież z zakonem Misjonarzy Świętej Rodziny mam wielkie powiązanie i kontakt. Ślub braliśmy u Misjonarzy Świętej Rodziny na Szczytniku, a więc jestem związany i czuję się jakby częścią rodziny. Dlatego też mówię, że rodzina jest najważniejsza. Kiedyś nawet dostałem Złote Serduszko w znakomitym towarzystwie. Z „Posłańcem Świętej Rodziny” zetknąłem się nie tylko udzielając kilku wywiadów, ale również dosłownie. Dlatego wszystkich czytelników serdecznie pozdrawiam. Skoro to jest numer, który ukaże się w okolicach Bożego Narodzenia, wszystkim życzę spokojnych i radosnych świąt i wspaniałego Nowego Roku.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał ks. Piotr Gałązka MSF